wtorek, 20 października 2009

Klasztor w Denderleeuw - część II


A Edgard Claes zajmował się swoimi sprawami... tak przy okazji...


A to mój nabity oporek...


Pogoda sprawiała że część prac wykonywaliśmy w ogrodzie...


Notatki robił każdy, ale jedna osoba miała jakby bardziej profesjonalny sprzęt do tego...


Lukas, najmłodszy uczestnik kursu...


Obiecałem krótką relację z pobytu w Denderleeuw i niniejszym to czynię... Długą podróż umilałem sobie słuchaniem muzyki oraz nauką języka czeskiego... na miejscu, po przybyciu uświadomiłem sobie bardzo szybko że minie jeszcze trochę czasu zanim opanuję ten język w stopniu dla mnie zadowalającym...
Pierwszy dzień i od razu odmiana, w kuchni, bo kucharzem tym razem był...Polak!?! Antoine Mieczysław Wilk gdy tylko dowiedział się że jestem z Polski zasypał mnie wieloma pytaniami po...angielsku. Poprosiłem aby ze wszystkimi sprawami wystartował jeszcze raz ale dwa razy wolniej... Okazało się że urodził się już w Belgii i że jest synem żołnierza dywizji pancernej gen. Maczka... Tony okazał się też strasznym gadułą tak więc jeszcze wiele razy dopytywał się o różne polskie sprawy...
Sam kurs przyniósł mi jak zwykle wiele satysfakcji, nauka nowych rzeczy jest ekscytująca, tym razem przebiegała też bardziej intensywnie bo aż do godziny 21.oo każdego dnia... Prawie wcale nie opuszczaliśmy klasztoru z wyjątkiem jednej, szybkiej wyprawy do Brukseli, do sklepu z materiałami introligatorskimi...
Potem ponownie długa podróż powrotna i... powrót do rzeczywistości...brutalny...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz