poniedziałek, 20 września 2010

Zasypany przez...czcionki.

To przewróciło moje plany na kilkanaście dni do góry nogami całkowicie, ale sam tego chciałem. Nie wiedziałem tylko co mnie czeka. Przez przypadek trafiłem do małej drukarni, starszy Pan w kapciach ( drukarnia znajduje się na parterze domu ) poinformował mnie że likwiduje działalność, w głosie wyczuć można było wyraźny żal z tego powodu, ale chętnie zaprosił mnie do środka na pogawędkę o wszystkim i o niczym...Miejsce było faktycznie zaniedbane i wyglądało na to że już od dawna nic tu nie zostało wydrukowane. Rozglądając się dookoła dojrzałem "szupliki" jak mawiają moi czescy przyjaciele ( metalowe, wysuwane szuflady ) i tak od niechcenia wysunąłem najwyższą. Chyba natychmiast podskoczyłem i obudziłem się z lekkiego letargu bo moim oczom ukazały się...czcionki. Co prawda ołowiane, drukarskie a nie marzenie każdego introligatora, solidne mosiężne, ale pomyślałem że na bezrybiu...
W wielkim skrócie napiszę że po kilkudniowych negocjacjach ( starszy Pan okazał się w tym mistrzem czego nie mogę napisać o sobie ) zakupiłem wszystko co miał. Inaczej się nie dało. Teraz po pracy siedzę do 1.00 lub 2.00 i układam to całe "ustrojstwo"... W całym domu są... czcionki - 30 kartonów - ponad 500kg nie posegregowanych, brudnych, zakurzonych w nie funkcjonalnych zielonych plastykowych pudełkach... Więc układam, układam, układam i układam. I na ołów już patrzeć nie mogę...
Mimo wszystko jest to jednak dla mnie olbrzymie szczęście, czcionki miały za chwilę powędrować na złom a tak popracują jeszcze ładnych parę lat dla mnie...
Jak i introligatorska prasa która była w transakcji wiązanej. Po kilku godzinnym szlifowaniu, nałożeniu świeżej matowej czarnej farby zajęła już miejsce w domowej pracowni... A książki leżą i czekają na swoją kolej...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz